piątek, 20 października 2017

Romantyczką ciężko być.

Życie prawdziwej romantycznej duszy wbrew pozorom nie jest tak wspaniałe, pełne płatków róż. Romantyczka w każdej relacji, w każdym uczuciu się zatraca. W głowie układa prawdziwie idealny, typowo utopijny obraz uczuć. Jest zawiedziona, gdy dotrze do niej brutalna wizja codzienności. Niestety taka jestem ja.
Bywają momenty, gdy jestem wściekła, z tym że nie jest to złość kierowana do bliskich mi osób. Winą zawsze obarczam samą siebie. Nikt poza mną nie jest winien mojej naiwności ani temu, iż zbyt mocno ufam i za bardzo wierzę w ludzi. Jeżeli ktoś popełnia błąd, to tylko i wyłącznie ja. Czasami bywają takie momenty, kiedy mam dość bycia romantyczką. Mam dość żyjących we mnie uczuć, które kierują moimi decyzjami.
Czy nie łatwiej wyglądałoby moje życie, gdybym romantyzmu się wyparła? Co prawda nigdy nie byłam zaślepiona niczym Werter, do niego całe szczęście mi daleko. Co nie zmienia faktu, iż "Cierpienia młodego Wertera" czytałam z przyjemnością. Już po liceum wracałam do tej książki nie z obowiązku, maturę miałam dawno za sobą, lecz aby przypomnieć sobie jak człowiek może być oddany drugiej osobie. Mimo, iż jego nieodwzajemniona miłość do Lotty nie ma nawet najmniejszego cienia szansy na szczęśliwe zakończenie. Mimo, iż Werter zdaje sobie sprawę z tego, że w jej życiu jest Albert. Zakończenie książki jest dla mnie bardzo wzruszające. Pisząc list miłosny, pożegnalny, Werter kończy pasmo nieszczęść, smutku i rozpaczy po odrzuceniu, popełniając samobójstwo. Według mnie jest to niepodważalnie ikona mojej ulubionej epoki literackiej.
Życie byłoby pozbawione wielu problemów, gdyby nie kierowały mną uczucia, gdybym się w nich tak namiętnie nie zatracała, porzucając w trakcie resztki racjonalizmu. Cóż, romantyczna dusza racjonalizmem nigdy się nie kieruje. Takie życie. Byłoby mi zdecydowanie łatwiej. Ale.. Właśnie, zawsze jest jakieś ALE :)
Bywają momenty, kiedy jestem wściekła na siebie, złość ta, jak już wspomniałam spowodowana jest duszą romantyczki, ale NIGDY mimo wszystko mojego romantyzmu nie zamieniłabym na nic innego. Jest to dla mnie dość cenna wartość. Tak, dla mnie jest to wartość. Chociaż popełniam czasami masę błędów i zbyt szybko przywiązuje się do ludzi, którzy nagle z dnia na dzień stają się dla mnie ważni i zbyt szybko się do nich właśnie z tego powodu zbliżam.. Odchodząc zostawiają wielką pustkę w moim życiu.. Mimo wszystko To czyni mnie pełną, prawdziwą i jakże wartościową kobietą.
Wszystko ma zarówno wady, jak i zalety, musi tak być. Jednak zdecydowanie lubię to w sobie. Życie pozbawione uczuć i emocji byłoby puste, a ja nie chcę, aby moje takie było. W momencie, gdy mój świat w końcu się ustabilizuje, dusza romantyczki będzie moim największym skarbem.
Muszę ten skarb jedynie odrobinę dopracować!

                                                    zdjęcie:unsplash.com

czwartek, 19 października 2017

Zjawa z moich snów

Mam za sobą już drugą noc, kiedy w mojej głowie pojawia się ten sam motyw. Tym motywem jest pewna postać z przeszłości. Ciekawym faktem jest to, że nie mam tendencji do zapamiętywania snów. Kilka lat temu interesowałam się świadomym snem etc, jednak po jakimś czasie porzuciłam wszelkie ćwiczenia, jeżeli chodzi o podświadome wpływanie na działanie mojego umysłu w czasie snu. Rzadko jakiekolwiek sny zapamiętuje, a jeżeli już coś utkwi mi w pamięci, są to drobne szczegóły, z których jestem w stanie wydobyć jakieś drobnostki, szukając w senniku ich znaczenia.
Ostatnio jednak moje sny stały się nadzwyczaj wyraźne, w dalszym ciągu pozornie pozbawione sensu. Aczkolwiek dla mnie jeżeli coś pozbawione jest powierzchownie znaczenia, zawsze doszukuję się głębszego sensu. Tak tez stało się ostatnio. W ostatnich snach ważne (z nieznanych mi przyczyn) wydały mi się pojedyncze przedmioty, którymi się posługiwałam, warunki atmosferyczne, które panowały we śnie etc. Każdy z zapamiętanych przeze mnie szczegółów świadczy o tym, iż w najbliższej przyszłości nie czekają na mnie pozytywne doświadczenia. Tak więc mam się na baczności. Ze wszystkim dam sobie radę z pewnością.
Jednak od jakiegoś czasu w moim umyśle nieustannie pojawia się pewna postać. Budząc się rano, jestem kompletnie wyczerpana. Co prawda nie są to koszmary, aczkolwiek śniąc o tej postaci, szczególnie biorąc pod uwagę historię mojego życia z nią związaną, jestem wyczerpana. Jest jakiś powód. Nic nie dzieje się bez przyczyny, nie istnieją zbiegi okoliczności. Mój umysł próbuje mi coś przekazać?! Tylko cholera po co?!
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że sny te pochłaniają tak wiele emocji. Budząc się, analizuję zapamiętane sceny o których śniłam. I znów to przeżywam. Wspomnienia snu wzbudzają we mnie bardzo dużo emocji, tym samym wysysając ze mnie jakąkolwiek siłę.
Nie chcę znać znaczenia tych snów. Chcę się od nich jedynie odciąć, chcę zaznać spokoju, pozbyć się negatywnych emocji i skupić się na pozytywnych zmianach zachodzących właśnie teraz w moim życiu. Dlatego nie chcę wiedzieć co mój chory umysł chce mi przekazać, nie sięgam po sennik, nie chce pamiętać nocnych zabaw mojej wyobraźni. 
Odejdź.
Nie chcę o Tobie śnić. Nie chcę wiedzieć. Nie chcę myśleć.



środa, 18 października 2017

Na rozstaju życiowych dróg

Ostatnio, czytając jedną z piętrzących się na półce książek czekających na moment, kiedy po nie sięgnę i poznam ich fabułę, natknęłam się na fragment, który mnie bardzo poruszył. Bez obeznania w całej treści powieści, ta drobna metafora, której używa główna bohaterka, nie jest na tyle wzruszająca (tak, czytając ten fragment, analizując zachowanie wspomnianej bohaterki pierwszy raz od dawna się wzruszyłam), aczkolwiek mimo wszystko przekaże to, co chcę przekazać w tym poście. Oto wspomniany cytat:

"-Pamiętasz tamtą rodzinę wydr, które bawiły się niedaleko tarasu? Gdy byłam małą dziewczynką?-zapytała w końcu, nie czekała jednak na odpowiedź.-Tata wychodził z domu, kiedy się pojawiały i zabierał mnie nad rzekę. Siadaliśmy na trawie i patrzyliśmy jak baraszkują w wodzie i się ganiają. Myślałam wtedy, że to najszczęśliwsze stworzenia na świecie. (...)- Niedawno znowu je widziałam- ciągnęła Amanda wchodząc matce w słowo.-W zeszłym roku, gdy podczas wakacji pojechaliśmy nad morze, wybraliśmy się do aquaparku na wystawę poświęconą wydrom. Bardzo się na nią cieszyłam. Wcześniej wielokrotnie opowiadałam Annette o wydrach za domem i ona tez nie mogła się już doczekać, kiedy je zobaczy. Ale gdy wreszcie tam się znaleźliśmy, okazało się, że to zupełnie nie to samo co kiedyś, gdy byłam mała. Wydry oczywiście były, ale spały na brzegu sadzawki. Choć czekaliśmy kilka godzin, nawet się nie poruszyły. W drodze do wyjścia Annette zapytała mnie , dlaczego się nie bawiły i nie wiedziałam co odpowiedzieć. A potem, gdy wyszliśmy z aquaparku zrobiło mi się... smutno. Bo zrozumiałam powód, prostu nie były szczęśliwe. Tamte wydry, które znałam z dzieciństwa, żyły w naturalnym środowisku, w rzece. Te z aquaparku  jakimś sposobem znalazły się w niewoli, z której nie mogły uciec i to czuły. To nie było życie, jakie mogły wieść, ale nic nie mogły na to poradzić"
                                                                               Nicholas Sparks


Jedna nieprzemyślana decyzja, za nią kolejna, czasami jeszcze bardziej lekkomyślna. Żyjąc chwilą, nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, jakie konsekwencje niesie za sobą chwilowa lekkomyślność. Decyzje te układają się w coraz to większy stos, upychamy je w worek, który tworzy piętrzącą się górę wynikających z tego problemów. Tkwimy w tym, ponieważ wydaje nam się, iż nie ma innego wyjścia, bądź żyjemy świadomością, że tak będzie lepiej. Ot tak zwyczajnie wybieramy mniejsze zło. Mniejsze zło dla nas, najbliższych... działamy tak z różnych względów.
Po kilku miesiącach czy latach, gdy analizujesz przeszłość i swoje decyzje, patrzysz na  obecne życie przez pryzmat swojej niedojrzałości emocjonalnej. I nadchodzi moment, gdy zwyczajnie żałujesz. Zaczynasz rozumieć, że gdybyś mógł cofnąć czas, podjąłbyś zupełnie inne decyzje. Nie ważne, czy chcesz cofnąć czas o miesiąc, rok czy nawet kilka lat. W końcu dociera do Ciebie ogrom popełnionych przez Ciebie błędów. Następuje okres buntu wobec otaczającej Cię rzeczywistości, później fala gniewu przerodzi się w bezwzględne przygnębienie.
Stanie się tak, gdy analizując poszczególne aspekty swojego życia zdasz sobie sprawę z tego, że coś na swojej drodze zawaliłeś. W tym momencie masz przed sobą do wyboru dwie drogi:

  • Stajesz przed faktem dokonanym. Godzisz się z rzeczywistością i tkwisz w tym wybierając mniejsze zło. Z każdym rokiem coraz bardziej żałujesz. Stajesz się niczym wydry z przytoczonego przeze mnie wyżej fragmentu książki. Otępiałe i nieobecne. Niepotrafiące czerpać radości z życia. Wszelakie dobro pozostanie Ci brutalnie odebrane. Aż w końcu stracisz siłę do walki o swoje szczęście. 
  • Zaczynasz powoli, stopniowo lecz systematycznie dążyć do wyznaczonych sobie celów. Wdrażasz w życie swoje plany na przyszłość, zmieniasz to, co nie czyni Cię szczęśliwym. Twoje życie znów nabiera barw, żyjesz niczym wydry w swoim naturalnym środowisku, z dnia na dzień promieniejesz, masz energię do rozwijania swoich pasji

Wybranie tej drugiej zdecydowanie wymaga od Ciebie dużo większej odwagi i przygotowanych sił do starcia, jednakże jest to jedyny sposób aby pokonać piętrzącą się ścianę worka, do którego upychasz nieustannie swoje problemy, porażki, wszelkiego rodzaju niepowodzenia.
Każdy z nas jest wolnym człowiekiem, sam wybierasz którą drogą pójdziesz przez resztę życia.



środa, 11 października 2017

Podobno to my się zmieniamy

Zmiany są nieodłącznym elementem naszego życia. Wciąż coś dookoła nas ulega zmianie. Nie wszystko jest również oczywiście zależne od nas samych. Niektóre zmiany prowokujemy my, na inne zaś zupełnie nie możemy mieć jakiegokolwiek wpływu. Zmienia się nasze otoczenie, zmienia się nasz światopogląd, zmieniają się nasze upodobania, zainteresowania, charaktery. My się zmieniamy.
Ktoś, kto powie "Ja nigdy się nie zmienię.." jest dla mnie niepodważalnie śmieszny. Na jakiej podstawie tak twierdzisz? Skąd wiesz jak będzie wyglądało Twoje życie za 5, za 20 lat? Skąd wiesz, czy Twoje poglądy nie ulegną zmianie? Jaką będziesz wyznawał ideologię, jakim będziesz człowiekiem?
 Każdego dnia się zmieniamy. Problem w tym, iż nie każdy zdaje sobie z tego sprawę.
Na temat zmiany, która powstała na przestrzeni lat w mojej osobowości wspominałam w innym poście. Moje poglądy wciąż się zmieniają, kiedyś byłam katoliczką, dziś wyznaję ateizm, uległ zmianie mój sposób patrzenia na funkcjonowanie świata, który nas otacza. Inne jest również moje zdanie na wiele innych tematów. Dorosłam? Być może. Zycie pisze różne scenariusze.
W tym momencie jestem zupełnie innym człowiekiem niż zaledwie kilka lat temu. Czy zmieniłam się na lepsze czy na gorsze? Według mnie wszelkie zmiany, jakie we mnie zaszły, ewidentnie wyszły mi na dobre. Nikt poza mną i najbliższymi mi osobami nie ma prawa tego oceniać. Wąskie grono osób zdaje sobie sprawę z tego, jak naprawdę wygląda moje życie. Mają świadomość co kształtowało mój charakter, co mnie budowało, a co niszczyło. I w efekcie końcowym co wykreowało obecną Kaśkę.
Nie mam jednak pojęcia, jak będą wyglądały moje poglądy za kilka lat. Nie wiem jakim wtedy będę człowiekiem. Jakim prawem więc mogłabym twierdzić, że zawsze pozostanę tą osobą, którą jestem teraz? Byłoby to ewidentne apogeum hipokryzji. Być może wydarzenia, którym niedługo przyjdzie mi stawić czoła sprawią, iż stanę po innej stronie barykady? Wydaje mi się to w tym momencie irracjonalne, ale nie mogę przekreślić scenariusza, w którym po rewolucji, która wielkimi krokami zbliża się do mojego życia, nie zmienię zdania. Nie wyznam innych wartości.. Wyprę się tego, co w danym momencie jest dla mnie sprawą priorytetową.. Może być właśnie tak, że owa nadchodząca rewolucja znów mnie odmieni. Mam nadzieję, że tak nie będzie!
Mimo wszystko potrzebuję teraz mnóstwo siły, aby przetrwać trudny okres. Październik będzie ważnym, decydującym okresem nie tylko dla mnie, ale również i dla najbliższych mi osób.
Z pewnością się z tym uporam, zawsze daję radę!
Efekty rewolucji ocenicie sami!
Sama za siebie i pomyślny bieg wydarzeń trzymam kciuki, trzymajcie i Wy!



wtorek, 10 października 2017

Utopijna wizja miłości

Większość z nas chciałaby żyć w utopijnym świecie, w którym uczucie nie gaśnie. Kiedy wciąż związek jest piękny, namiętny etc. Niestety nieuniknione jest brutalne starcie utopijnej, bezpiecznej wizji z twardą, bezlitosną rzeczywistością! I co wtedy? Przede wszystkim w jakim momencie następuje to brutalne starcie? Od czego ono zależy?
"Nigdy się nie łudziła, że małżeństwo to wieczne szczęście i miłość. Jeżeli weźmie się dwoje ludzi, dorzuci nieuniknione górki i dołki i wszystko razem pomiesza, to choćby para bardzo się kochała, nie uniknie konfliktów. Czas też zrobił swoje. Poczucie bezpieczeństwa i zażyłość były cudowne, ale powoli zabijały pasje i namiętność. Przewidywalność i przyzwyczajenie uniemożliwiały jakiekolwiek niespodzianki. Nie było już żadnych nowych historii do powiedzenia, każde z nich umiało dokończyć zdanie za to drugie i oboje, zarówno ona jak i Frank doszli do momentu, w którym jedno spojrzenie staje się tak wymowne, żę słowa są już niepotrzebne." 
                                                                                      Nicolas Sparks



 Prawdę mówiąc, według mnie wyobrażenie człowieka na temat miłości zmienia się, zależnie od wieku i doświadczeń. Doświadczenia... Mają one ogromny wpływ na to, o czym w danym momencie myślę. Albowiem czasami zatracając się w płytkości toku myślenia, człowiek zapomina, czym tak naprawdę są uczucia, cielesność z nimi związana. Przychodzą mi na myśl czyjeś słowa, kiedy to rozmawialiśmy na temat związków. Osoba ta obiecała mi rozwinięcie wątku, przy najbliższej okazji, aczkolwiek okazja ta nigdy nie nastąpiła. Wydaje mi się jednak, iż doskonale wiem, co w danym momencie miał na myśli.
Seks.
Trudny temat, jednak postaram się ubrać w słowa moje myśli najlepiej jak potrafię.
Seks i uczucia. Seks pozbawiony uczuć. Te dwa "światy" diametralnie się od siebie różnią, nie można tego do siebie porównywać. Jeżeli ktoś tego doświadczył, nie muszę tłumaczyć w czym tkwi różnica. Popełniamy błędy, masę błędów, czasami potrzebując mnóstwo czasu, aby wyciągnąć wnioski. Nie będę prawiła morałów, nie uważam się za odpowiednią osobę, mam swoje na sumieniu. Chcę jednak zmierzać do celu.
Jaki wpływ mają nasze życiowe decyzje na postrzeganie przez nas samych miłości oraz podejście do związków? Otóż ma to ogromne znaczenie! Chcesz wiedzieć jak ja to widzę? Bywa tak, iż ktoś jest ewidentnie pochłonięty życiem singla. Jeżeli jest Ci z tym dobrze, ok. Nie każdy musi wbrew sobie żyć tak, jak wypada. Nie w tym rzecz.
Mam na myśli przypadkowy seks, który jako rozwiązanie kłębiących się w Tobie emocji wybierasz nagminnie. Każdej soboty przyprowadzasz do łózka inną kobietę, która jest dla Ciebie niczym innym, niż rurą, którą chcesz zaliczyć, tyle. Sprawić sobie przyjemność. Zapomnieć o tlących się w Tobie resztkach uczuć. Kobiety i seks traktujesz przedmiotowo. Wymyka Ci się to spod kontroli. Co noc inna. Rano rzucasz przelotne "nara", pospiesznie zakładając spodnie, wychodzisz z pokoju. Zero szacunku, zero uczuć, zero prawdziwej bliskości.  Nie potępiam. Każdy ma prawo, aby żyć swoim życiem i stopniowo wyciągać wnioski ze swojego zachowania. Post ten również nie jest kazaniem.
Teraz chcę przejść do sedna.
Taki tryb życia, seks pozbawiony uczuć, będący czystym sportem,pozbawia nas samych szacunku. Nie chodzi o szacunek do samego siebie. Chodzi o szacunek do uczuć, szacunek do bliskości. Zatracając się w opisanym wyżej trybie życia, przestajesz dostrzegać to, co w bliskości z druga osobą powinno być wyjątkowe. Nie chcesz stopniowo poznawać tej drugiej osoby, nie chcesz jej odkrywać. Nie ma to w takim wypadku znaczenia. Wszystko traci jakąkolwiek wartość, ponieważ sami to niszczymy, sprowadzając to co ważne do minimum, którym są najprostsze potrzeby. Potrzeby pozbawione jakiejkolwiek głębi, potrzeby rozwijania się, potrzeby czegoś więcej niż tylko pozbawionego sensu orgazmu. W ten sposób sami niszczymy ten szacunek. Sami jesteśmy sobie winni za to, że tracimy utopijny obraz bliskości, spłycając wszystko do seksu.
Tylko tyle. Aż tyle.
Zacznijmy szanować samych siebie.
Przy okazji obdarzysz szacunkiem otaczających Cię ludzi.




czwartek, 5 października 2017

Czym był dla mnie wrzesień?

Ten miesiąc, jak kilka poprzednich minął mi niesamowicie szybko.Nie mam pojęcia, gdzie ostatnio umykają mi te dni i tygodnie. Zdecydowanie chciałabym, aby doba miała chociaż o kilka godzin więcej. Na wszystko brakuje mi czasu, zalewa mnie natłok obowiązków i muszę wszystkiemu podołać.

Zacznijmy od tego, że wrzesień był miesiącem, kiedy w końcu udało mi się spędzić czas z bratem. Nadrobiliśmy stracony czas, nie było go w domu przez całe 2 lata. Brakowało mi go, po fali nienawiści, złości etc, po wszystkim co razem przeszliśmy, w końcu mogę nazwać go przyjacielem. Jest bardzo ważną osobą w moim życiu. Wszystko, co złe w naszej relacji mamy już za sobą. Już półtora miesiąca mam go obok, nadrabiamy zaległości. W ubiegłym miesiącu poznałam jego wspaniałą dziewczynę, Julkę. Spędziłam z nimi sporo czasu. Cieszę się ich szczęściem. Cieszę się, że mam go obok!
Kocham Cię, Braciszku!

Wrzesień był również czasem, gdy ponownie rozwinęłam swoje horyzonty muzyczne. Zaczęły się one rozwijać dzięki mojemu byłemu chłopakowi kilka miesięcy temu, to on pokazał mi gatunki muzyczne oraz zespoły, których słucham do dziś. Chociaż on nie jest już obecny w moim życiu, jeżeli chodzi o muzykę, którą zostałam zaintrygowana, do dziś jej słucham. Oczywiście wciąż króluje rap, który zawładnął mną już wiele lat temu. Jeżeli już jestem w temacie rapu, będąc na koncercie latem, w ostatnim miesiącu często zaczęłam słuchać Kękiego! Dopiero po koncercie, na którym miałam okazję być, zaczęłam doceniać tego artystę i interesować się jego twórczością.

We wrześniu również miałam okazję okazać się wsparciem dla moich wspaniałych przyjaciół. Nie lubię momentów, kiedy nic nie mogę zrobić poza rozmową i wsparciem psychicznym, nienawidzę chwil, gdy patrzę na cierpienie moich przyjaciół. Niestety miesiąc rozpoczynający jesień, był momentem, kiedy musiałam przyglądać się złym wyborom bliskich mi osób. Trzymam kciuki, aby było lepiej.
Był to również czas wielu rodzinnych problemów, które we wrześniu osiągnęły swoje apogeum. Kto da radę, jak nie ja? Niestety problemy te jeszcze nie zostały rozwiązane, aczkolwiek jestem dobrej myśli!

Poznałam również kilka nowych osób. Zamknęłam rozdziały, które powinny zostać zamknięte, co również jest sukcesem minionego miesiąca!

Niestety zaniedbałam kontakty z Łukaszem, moim cudownym przyjacielem, który od sierpnia pracuje w Holandii. Przed jego wyjazdem nasze relacje były bardzo zażyłe, przyjaźnimy się od liceum, aczkolwiek zarówno on ze względu na nową pracę ma mniej czasu, jak i ja dysponowałam mniejszą ilością wolnych chwil, które mogłabym przeznaczyć na rozmowy na skype. Pocieszam się tym, że za miesiąc znów się zobaczymy i znów rozmawiając prawie całą noc, będziemy siedzieć przy zimnym piwie! Obiecuję poprawę i tęsknie, Niemoto! :)

We wrześniu znów sporo zaczęłam czytać. Ostatnio przez emocje kłębiące się we mnie, nie mogłam czytać. Kupowałam nowe książki, odkładałam je na półkę nietknięte. Skoro uporałam się ze wszystkim i nic mnie nie dręczy, z czystym sumieniem znów mogłam wrócić do mojej najwspanialszej pasji, jaką jest czytanie. Być może nawet niedługo na moim blogu pojawią się recenzje przeczytanych ostatnio książek oraz wpis o tym, do jakiego gatunku literackiego i dlaczego się przekonałam :)

Tyle działo się przez ostatnie tygodnie. Mam nadzieję, że nadchodzący miesiąc nie będzie gorszy od poprzedniego. Zaczynam sama nad sobą pracować ponownie! Nie mogę stać w miejscu.
Odwaga mnie nie opuszcza, cieszy mnie to bardzo.
Trzymajcie kciuki, Kochani! :)


środa, 4 października 2017

Czarny protest moim okiem

Czarny wtorek. Dzień, który miał miejsce wczoraj. Całym sercem byłam z kobietami walczącymi między innymi o moje prawa. O prawa KAŻDEJ polskiej kobiety! Powinniśmy okazać wdzięczność ludziom walczącym o godność kobiet. Być może nie da się już nic zrobić, być może z nastaniem obecnej władzy, nasze prawa zostały nam odebrane!
Wczoraj, przeglądając posty innych blogowiczów, natknęłam się na bardzo ciekawy komentarz pod postem na jednym z blogów, brzmiał on tak:
"Całym sercem będę z tymi kobietami! Celowo pisze ten komentarz anonimowo, mimo iż prowadzę bloga, mogłabym udostępnić moje dane jako zalogowany użytkownik. Nie zrobię tego, ze względu na to, to napisze. Mam za sobą aborcję farmakologiczna. Mam 23 lata, nie żałuje tego. Mimo, iż mam narzeczonego od 3 lat, jest moim jedynym partnerem od długiego czasu, odstawiłam tabletki, ciąża nie była planowana. Wypadek. Ot co. Dbam o swoje zdrowie i nie kupiłam środka poronnego (metoda aborcji farmakologicznej dostępna w CYWILIZOWANYCH krajach!!!) w Internecie. Znalazłam lekarza ginekologa prowadzącego działalność za granica, w kraju gdzie takie metody są legalne. Dlaczego nasz kraj jest zacofany?! Dlaczego musiałam zrobić to w podziemniu?! Nikt nie ma prawa decydować o moim ciele i moim życiu! Podjęłam decyzję, byłam świadoma. Przede wszystkim zadbałam o swoje bezpieczeństwo i użylam przebadanego. Skutecznego środka, który nie był zagrożeniem dla mojego zdrowia i życia. Inne kobiety nie maja tego szczęścia, zdesperowane kupują środki nieznanego pochodzenia 3 razy taniej. Kończy się to dla nich tragicznie. A to wszystko przez nasz chory kraj!"
Dlaczego do cholery przyszło nam żyć w takim świecie?! Dlaczego ktoś dużo wyżej postawiony od nas ma prawo decydować o naszym życiu?! Dziewczyna pisząca ten komentarz jest w moim wieku.Nie wyobrażam sobie, jak silną jest kobietą.
Bez względu na to, ilu mamy partnerów w danym momencie, bez względu na to, czy jesteśmy mężatkami, pannami, rozwódkami.. mamy swoje prawa! Powinniśmy decydować o swoim życiu. Powinniśmy podjąć decyzję, czy nasza sytuacja materialna pozwala na dziecko. Czy chcemy tego dziecka, czy jesteśmy gotowe w danym momencie poświęcić całe swoje życie, aby je wychować. Powinniśmy mieć wybór! Nikt nie ma prawa zmuszać mnie do macierzyństwa!
Ludzie uprawiają seks dla przyjemności, zaspokajają swoje potrzeby, seks jest oznaką bliskości. Nie służy jedynie do rozmnażania się, tak jak w wypadku zwierząt. Politycy powinni to zrozumieć! ŻADNA, podkreślam, żadna metoda antykoncepcji nie daje 100% gwarancji, iż kobieta nie zajdzie w ciążę. Jeżeli kobieta nie jest gotowa na macierzyństwo, to ma być dziewicą do momentu, aż poczuje instynkt macierzyński?! Przecież jest to istna hipokryzja!!
Jeżeli ktoś kwestionuje prawo do aborcji w momencie gdy kobieta (bez względu na jej wiek) została zgwałcona, jeżeli istnieje zagrożenie życia ciężarnej kobiety lub jeżeli płód wykazuje możliwość wad genetycznych, jest potworem, niszczącym życie tym kobietom!
Dlaczego 14 latka, która została zgwałcona ma zostać zmuszona do koszmaru, jakim jest noszenie przez 9 miesięcy owocu gwałtu pod swoim sercem, czuć jego ruchy w sobie?  Być zmuszona do porodu? Owszem, adopcja. Ok. Ale nikt nie ma prawa zmuszać niewinnej dziewczynki, dziecka do przeżywania takiego istnego koszmaru! Drodzy politycy, gdyby to była wasza córka, wnuczka, ktoś bliski.. Skazalibyście ją na takie piekło?! Jestem pewna, że nie! Wiec dlaczego jesteście takimi hipokrytami?
Najbardziej boli mnie to, że kobiety same odbierają prawa innym kobietom. Czyż nie powinno to wyglądać zupełnie inaczej?! Czy nie stoimy po jednej stronie barykady?! Nie zrozumiem tego nigdy.


ANTYKONCEPCJA
Kolejny kontrowersyjny temat. Dlaczego polskie kobiety zostają pozbawione prawa do antykoncepcji? Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, jak wygląda służba zdrowia w naszym kraju. Do ginekologa działającego na NFZ, CZĘSTO nie sposób jest się dostać w ciągu 2 dni. Nie każdą kobietę stać w danym momencie na to, aby udać się do prywatnego gabinetu. Przypomnijmy jak ważny jest czas. Tak zwane tabletki "dzień po" powinny być dostępne bez recepty. Jest to środek antykoncepcji awaryjnej, a nie środek poronny, jak twierdzą kręgi nie mające nic wspólnego z medycyną i wiedzą medyczną! 
Dochodzi również kwestia klauzuli sumienia ginekologów. W tym momencie moja złość osiąga najwyższy poziom! Lekarz w tym momencie ma prawdo ODMÓWIĆ pacjentce zwykłych tabletek antykoncepcyjnych, gdyż wypisanie owej recepty nie jest zgodne w jego sumieniem! W jakim kraju przyszło mi żyć?! W takich momentach wstydzę się za Polskę! Naprawdę się wstydzę! 

Szkoła a nauczanie seksualne
Znów to samo, ogarnia mnie wstyd za Polskę. Nie prędko niestety ulegnie to jakiejkolwiek zmianie. 
Omówię ten temat na podstawie moich doświadczeń szkolnych. Tak zwane WDŻ, miałam jedynie przez ROK w szkole podstawowej. Poziom zajęć był krytyczny, raz na 2 tygodnie. Lekcje tą prowadziła nauczycielka historii. Najśmieszniejsze jest to, że wspomniana nauczycielka wpajała nam, w tym momencie nieświadomym dziewczynkom, że jako dziewice nie możemy używać tamponów. Serio?! Niewiele pamiętam z tych zajęć, aczkolwiek pewne szczegóły utkwiły mi w pamięci. 
W gimnazjum w całej szkole, wszyscy nauczyciele podpisywali oświadczenia, aby dziecko było zwolnione z lekcji WDŻ, dyrektor stwierdził, że jeżeli któryś z rodziców nie podpisze owego oświadczenia, rodzic dziecko na swój koszt będzie musiał dowozić do innej szkoły, gdzie takie lekcje są prowadzone. Dyrekcja miała problem z głowy, wszyscy rodzice zgodzili się na to, iż WDŻ nie jest konieczne.  Gimnazjum jest czasem, gdy nie oszukujmy się, spora część nastolatków poznaje swoją seksualność, rozpoczyna życie seksualne, ma pierwszych partnerów! Jest do ważny czas dla polskiej młodzieży. Czasami naprawdę nieświadomej jak rozprzestrzeniają się choroby weneryczne, jak dochodzi do zakażenia wirusem HIV. Z rodzicami czasami młodzież wstydzi się rozmawiać, rodzice często nie mają pojęcia o tym, że ich dziecko w wieku 15 lat jest już aktywne seksualnie. I koło się zamyka. 


Kiedy przestaniemy się wstydzić za Polskę?!
Wszyscy musimy walczyć o to, aby w naszym kraju pojawiły się jakieś zmiany! Tak dalej być nie może. Nie możemy zostać pozbawieni praw!


poniedziałek, 2 października 2017

Świat nie dla mnie!

Nie pasuję tutaj, zwyczajnie nie pasuję. Analizując wszystko, patrząc na społeczeństwo, w którym przyszło mi żyć, coraz dobitniej w moim umyśle przedziera myśl, która mówi mi, iż nie pasuje do świata, w którym przyszło mi żyć!
Nie jestem bezmózga amebą, mam własne zdanie, własne poglądy, pasje, zainteresowania. A to już coraz rzadziej spotykane, szczególnie dziś. Nie podążam ślepo za tłumem. KTOŚ kiedyś powiedział mi, że nie jestem głupią blondynką i za to mnie szanuje. Nie jestem typową kobietą. Nie szufladkuje ludzi ze względu na płeć, nie idę za stereotypami, aczkolwiek jestem reliktem ewidentnie różniącym się od otaczających mnie kopii.
Nie rozczulają mnie widoki mężczyzn klękających w restauracjach przed swoimi kobietami, nie robią na nie wrażenia tanie sceny z romansideł. Najpiękniejszy moment dla mnie? Hmm.. moment, w którym mężczyzna mojego życia (o ile owy istnieje!) zabiera mnie do studia tatuażu, tam z wybranym przez niego wzorem  tatuażu zaręczynowego (tak, drogie panie, tatuażu, nie pierścionka!) oświadcza mi się, Po czym po kilku godzinach wychodzimy z dziarami zaręczynowymi mega zajebiście szczęśliwi.
Nie spędzam kilku godzin przed lustrem. Uwielbiam ciężarówki. Takie kobiety istnieją, jak widać! Najpiękniejszy weekend minionego lata, to był dla mnie Master Truck, czyli właśnie zlot ciężarówek. Było pięknie, mimo iż wszyscy byliśmy przemoczeni, zmęczeni, byliśmy szczęśliwi. Co z tego, że w deszczu rozmazał mi się makijaż, co z tego, że było mega zimno i musiałam paradować w sukience i niepasującej do niej kompletnie bluzy?! To ma jakieś znaczenie? Dla mnie nie!  Nie mam wątpliwości, wrócę tam za rok. Laska i zamiłowanie do ciężarówek? No kurwa straszne. Dźwięk klaksonów, nocny pokaz świateł. Moi wspaniali przyjaciele, którzy byli tam ze mną.. To wszystko sprawiło, że ten weekend zalicza do jednych z najszczęśliwszych minionego lata.
Co jeszcze sprawia, że nie pasuje do wyimaginowanego przez płeć męską obrazu kobiety? Kocham KSW, wszystko co z ową federacją związane. Tak, jestem kobietą.
Dlatego też nienawidzę stereotypów! Jest to najgorsze dla mnie. Ocenianie przez pryzmat przyjętych, wyjętych z dupy ideologii! To, że ktoś jest inny od razu oznacza, że jest fee? To, że mam inne zdanie na pewne tematy, jestem ateistką, oznacza, że jestem od kogoś gorsza? Czasami naprawdę myślę, że ludziom zwyczajnie w dupach się poprzewracało! Inaczej nie nogę tego określić.
Świat nie jest dla mnie? Być może. Jednakże jeżeli komuś to przeszkadza, to on ma problem. Mi jest ze sobą dobrze!
Kocham swoje pasje. Kocham łamać stereotypy! Będę to robić dalej!



piątek, 29 września 2017

i tylko czasem pojawi się myśl, że kiedyś ktoś taki był...

Toksyczne znajomości.
Dlaczego wciąż w nich trwamy?! Dlaczego mimo wszystko, nieustannie brakuje nam odwagi, by je zakończyć?!  Dlaczego pozwalamy trwać z naszym życiu ludziom, którzy sieją w nim ferment?! Skąd w nas ten masochizm?!
Jeżeli ktoś nie jest z Tobą, nie interesuje się Tobą, jesteś mu całkiem obojętnym człowiekiem.. jeżeli jesteś tylko i wyłącznie lekiem na nudę, to po co w tym trwać? Po co być dla kogoś opcją? Warto?
Warto tracić czas, cenny czas naszego życia? Warto myśleć o tym człowieku, troszczyć się o niego?
Nie zakładasz za małych spodni, bo zwyczajnie będzie Ci w nich niewygodnie, więc dlaczego pchasz się w ramiona ludzi, którzy Cię nie chcą i Twoje szczęście wcale nie jest dla nich najważniejsze?! Czasami próbujemy na siłę być w czyimś życiu, mimo, iż może do niego zwyczajnie nie pasujemy. Czasem zakładamy za małe spodnie, bo chcemy tylko i wyłącznie je posiadać, mimo że mamy do wyboru wygodniejsze i ładniejsze. Czasami nie potrafimy pożegnać się z przeszłością, chociaż już nic nie możemy z nią zrobić.

W niektórych momentach potrzebujemy zwyczajnie odrobinę zdrowego egoizmu. Musimy myśleć o sobie, o tym, co będzie lepsze dla nas.
Odcięcie się od toksycznych znajomości jest konieczne. W jakim celu mam ciągnąc znajomości, które mi nie służą? Po co się starać kontynuować coś, gdy tej drugiej osobie  już przestało zależeć?
Masochizm jest zły! Masochizm niszczy nas samych!
Nie niszczmy świadomie samych siebie. Pokochaj siebie. Nie rób świadomie samej/samemu sobie krzywdy!
Zerwij wszelakie tego typu znajomości. Odetchnij. I czasem pomyśl, że ktoś taki był w Twoim życiu...

czwartek, 28 września 2017

List pożegnalny

Kochani, sama nie wiem czy powinnam pisać ten post. Poczułam silna potrzebę stworzenia go wczoraj wieczorem. Co prawda juz uwolniłam się od tego tematu, nie mniej jednak wczorajszego wieczoru cos mnie dopadło, tylko przez moment, ale jednak dopadło. Wtedy właśnie TO poczułam. Chęć pisania. W mojej głowie ułożyło się kilka początkowych zdań. Powinnam wtedy pod wpływem impulsu usiąść do komputera, jednak tego nie zrobiłam.
Pisząc to dziś, towarzyszy mi ta piosenka, brzęcząca cicho w tle.
Zaczynajmy...




Bąbelku
Chciałabym, żebyś wiedział czym spowodowane są moje dzisiejsze sentymenty. Otóż wczorajszego wieczoru, gdy zgasiłam światło... znów mnie to dotknęło. Był to tylko krótki moment spowodowany tym, że zdałam sobie sprawę z tego, iż mam za sobą 2 miesiące bez Ciebie. 2 ciężkie miesiące. Ewidentnie wiele się zmieniło. Wspomnienie naszej ostatniej telefonicznej rozmowy nie wywołuje już we mnie takich emocji, myśl o spędzonych razem momentach i nocach na skype nie powoduje bolesnego sentymentu. Te 2 miesiące minęły tak szybko...
Pamiętasz naszą rozmowę, gdy opowiadałam Ci o zmartwieniach związanych z moimi rodzinnymi problemami? Pamiętasz o czym jeszcze rozmawialiśmy? Tak! Teraz chcę to powiedzieć! Chodziło o Ciebie, dlatego nie miałam zamiaru rozwijać tego wątku, dlatego też utwierdziłam Cię w przekonaniu, że sytuacja między nami jest już wyjaśniona
Owszem, teraz już jest wyjaśniona.
Przez jakiś czas żałowałam tego, że to miedzy nami potoczyło się tak a nie inaczej.
Kurwa, przecież powiedziałeś, że czujesz się za nią odpowiedzialny! Odpowiedzialny za swoją byłą do cholery!!! Ja się starałam, chciałam tolerować (o zaakceptowaniu nawet nie mówię) całą tą sytuację, ale było to silniejsze ode mnie! Czego Ty ode mnie oczekiwałeś? Jak wspomniałam Ci już dawno, słysząc o odpowiedzialności za kogoś według mnie NIE MIAŁAM PRAWA się temu przeciwstawić. Tym bardziej, że WTEDY pytałam o nią. Ewidentnie nie chciałeś na ten temat w danym momencie rozmawiać, a ja nie naciskałam, ciesząc się tą chwila, gdy przez moment miałam Cię na wyciągnięcie ręki.
Jak mogłam pozbawić Cię szansy pomocy komuś, kto był dla Ciebie tak ważny? Ostrzegałam, pamiętasz? Mówiłam, że dziewczyna w takim stanie psychicznym może snuć intrygi, może nie być szczera, może prowokować. Mimo, iż nie ufałam jej, prosiłeś abym zaufała Tobie. Starałam się! Naprawdę się starałam! Prosiłeś mnie jednak o zbyt wiele. nie potrafiłam tego zaakceptować, nie umiałam walczyć z kłębiącymi się we mnie emocjami i narastającym niepokojem.
Pomogłeś jej raz, gdy nie odzywałeś się do mnie przez cały dzień. Nagle po kilku godzinach dzwonisz i informujesz mnie, że spędziłeś ten czas z nią! Wiesz, jak w tym momencie się poczułam? Nie mówiłam o tym, ponieważ naświetliłeś mi całą sytuacje, nie miałam zamiaru dokładać Ci zmartwień, dlatego pozostawiłam to dla siebie. Teraz widzę jak dużym okazało się to być błędem. Powinnam rozmawiać. Powinnam zrobić awanturę i zabronić. Wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale nie! Tryb miłosiernego samarytanina musiał się włączyć. Dlatego wszystko się zjebało. Dlatego, bo chciałam tolerować zbyt wiele, dać Ci wolność, której potrzebowałeś.Ty nie byłeś facetem, którego dało się zamknąć w klatce. Byłeś inny. Ty zwyczajnie potrzebowałeś wolności. Tobie nie można było niczego zabronić.  Przerosło mnie to.
A Ty potrzebując atencji, poznałeś ją. Ona zajęła moje miejsce.Długo nie mogłam pogodzić się z tym, że jesteś z nią! To do mnie mówiłeś, "dla Ciebie wszystko". Sam twierdziłeś, że z nią rozmowy nie wyglądają tak barwnie jak ze mną. Pamiętasz, że próbowałam Cię wspierać i doradzałam Ci jak ratować Twój nowo powstały związek?! Nawet nie masz pojęcia jakie to było masochistyczne z mojej strony. Nie mniej jednak chciałam Twojego szczęścia. Skoro wybrałeś ją, mimo że miałeś mnie na wyciągnięcie ręki, wierze w to, że taki wybór jest korzystniejszy dla Ciebie.
Rozgoryczenie już minęło. Przestałam o Tobie myśleć. Teraz już się z tym uporałam. Wspólne zdjęcia wciąż tkwią w zakamarkach komputera, nie zaglądam do nich. Chcę zwyczajnie wiedzieć, że gdzieś tam są, nie czuje potrzeby ich usuwania. Może kiedyś otworze ten folder i wywołają one przyjemny uśmiech na mojej twarzy? Może.
Jedyne, czego mi brakuje to naszego dawnego kontaktu. Owszem, niby ze sobą rozmawiamy. Niby.. tak, doskonałe określenie. Od naszej pierwszej rozmowy świetnie się rozumieliśmy. Dlaczego teraz między nami nie ma już tego zrozumienia? Tak po prostu chciałabym, aby nasze rozmowy wyglądały jak dawniej. Tylko tego oczekuje.
Mimo wszystko życzę Ci dobrze.
Ja poszłam o krok dalej, przeszłość jest przeszłością.
Powodzenia, Bąbelku.



wtorek, 26 września 2017

Budując na nowo

W życiu każdego z nas nadchodzi w końcu moment kiedy stwierdza, że jakaś relacja uległa pogorszeniu. Ktoś popełnił błąd, ktoś Cię nie docenił w porę, ktoś Cie skrzywdził, zdradził, zapomniał etc. Jest wiele powodów, przez które wszelkiego rodzaju relacje międzyludzkie zostają zniszczone. Od nas zależy co z tym zrobimy. To my decydujemy, czy chcemy o coś walczyć.
Bywa również i tak, że potrzebujemy impulsu, który sprawi, iż docenimy. Zaczniemy również się starać na nowo. 

Tak jest w moim przypadku. Pewna relacja od dawna nie była taka, jaka być powinna. Kiedy ja chciałam o nią walczyć, tej drugiej osobie na tym zupełnie nie zależało. A przynajmniej ja odnosiłam takie wrażenie. Zmieniło się to, gdy ja odpuściłam. Gdy mi zwyczajnie tak po prostu zależeć przestało. Tak źle i tak niedobrze...
Nie doceniałam zatem starań odbudowania czegoś, co już dawno zostało zniszczone. Tak niewiele trzeba było, abym znów coś poczuła. Abym poczuła chęć zmiany. Nie wiem czym to zostało konkretnie spowodowane, ot tak zaczęłam się starać. Zaczęłam odbudowywać i cieszyć się z obustronnej chęci naprawy.
Wszystko zmierza ku lepszemu?
Być może!

piątek, 22 września 2017

Odnajdując iskierkę szczęścia!

Dzisiejszy dzień jest inny. Wyróżnia się spośród ostatnich trudnych dni, jakie mam za sobą.
Wczoraj pisałam o dementorze, który złożył pocałunek na mojej duszy. Dziś odnoszę wrażenie, jakby tamten wpis był bardzo odległy i w ogóle mnie nie dotyczył. Czy coś się zmieniło? Nie sądzę, bynajmniej nic istotnego, mającego wpływ na moje dotychczasowe życie.
Skąd zatem taka niesamowita przemiana? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Jesienna depresja pojawiła się samoistnie, równie bez powodu w ciągu kilku godzin się z nią pożegnałam. Rano było źle, W godzinach południowych jeszcze gorzej. Rozmawiałam z kimś, kto wprowadził mnie w przygnębiający nastrój, dał do myślenia. Kilka godzin po owej rozmowie według mnie były właśnie kluczowe. Przemyślałam, wiele faktów przeanalizowałam. I zwyczajnie TO mnie opuściło. Zostawiło mnie w spokoju, moja codzienna pogoda ducha ponownie się ze mną przywitała.
Moje problemy nie odeszły w ciągu tych kilku godzin. One wciąż są. Wiem, szybko nie odejdą. Potrzebuję pomocy, aby w pełni się z nimi uporać. Ale w końcu jestem silną, niezależną, pełną siły kobietą! Warto tracić energię i przyjemność z życia na jesienna depresję?!

Zdecydowanie NIE!!!


Wydaje mi się, że pomógł mi również wczorajszy relaksujący wieczór. Nie ma znaczenia to, że zasnęłam w środku nocy, że obudziłam się dziś mega niewyspana. Oddałam się moim pasjom, czego już dawno nie robiłam. Rozświetliło to wszystkie szarości, otaczające mój świat.
Nie warto. Nie warto tracić cennego czasu. Problemy są, zawsze będą. Niewykorzystane szanse nie powrócą, ludzie, którzy odeszli z naszego życia nie znajdą się w nim ponownie. Bywa. 
Dla mnie zadowalanie wszystkich dookoła przestało być priorytetem. Zadowalam siebie. 
Moja siła, którą się dziś wykazałam mnie zadowoliła. 
Wraca pełna życia, zadowolona z siebie Kaśka. Miło Cię widzieć, dawno Cię ze mną nie było! :)

czwartek, 21 września 2017

Jesienny pocałunek dementora

To już czwarta noc, która uniemożliwiła mi sen. Czwarty dzień, gdy nie mogę znaleźć sobie miejsca, gdy wciąż myślę. Myśli, te najgorsze wspomnienia, analizy wydarzeń, które już dawno powinnam porzucić.. Wszystko wróciło. Wróciło jednego dnia i nie może opuścić mnie już czwarty dzień.
Wieczorami jest najgorzej, kiedy wszyscy śpią, przez okno obserwuje palące się latarnie uliczne, błąkam się po pokoju, przy tlącej się lampce w kącie. Wtedy myśli kłębiące się cały dzień w mojej głowie stają się bardziej natarczywe. Cholernie natrętne. Złe.
To one nie pozwalają mi na spokojny sen.
Czuję się tak, jakby dopadł mnie pozbawiony duszy, okrutny dementor i swoim pocałunkiem wyssał wszelakie dobre emocje, dobre wspomnienia. Znoszę to coraz gorzej, w ciągu tych zaledwie kilku dni znacznie odizolowałam się od ludzi, którymi każdego dnia tak chętnie się otaczam. Dlatego również od jakiegoś czasu nie widnieje tutaj żaden nowy post.
Wbrew pozorom pomysłów do pisania miałam mnóstwo. Zarówno tych melancholijnych, jak i tych pełnych szczęścia. Mimo to nie mogłam pisać. Zwyczajnie nie mogłam, nie umiałam. Zupełnie jak nie ja. Staje się obca osobą, bez radości. Leżąc w pustym, zimnym łóżku w mojej głowie same układały się zdania, pomysły na blog przychodziły same. Nie mogłam zdobyć się jednak nawet na to, żeby wstać spod kołdry, zebrać myśli, otworzyć laptopa i zacząć pisać. Nie mogłam.
Dręczy mnie przeszłość. To, czego nie zrobiłam. To, za czym tęsknie. To, czego nie mogę zmienić. To, co muszę zrobić. 
Nie wiem tylko jak mam temu wszystkiemu podołać. W ciągu jednej chwili napłynęły wszystkie te myśli i nie mogę się ich pozbyć, chociaż bardzo się staram. Pewne rzeczy zwyczajnie są silniejsze ode mnie. 
Czasami tak zwyczajnie chciałabym się nie przejmować, nie myśleć, nie roztrząsać swoich wyborów i niewykorzystanych szans. 
To jest ten moment. 
Dementorze, opuść mnie. Wyssałeś już niemalże wszystko!


czwartek, 14 września 2017

Tinder Love

Inspiracją do tego posta była piosenka, którą znajdziecie tutaj.
Po raz pierwszy usłyszałam ją dzisiaj.prawdę mówiąc dała mi wiele do myślenia. Tinder, tak popularna w dzisiejszych czasach aplikacja dla singli, pozwalająca nawiązać nowe znajomości. Tak bardzo krytykowana przez wielu ludzi. Poza Tinderem istnieje masa innych miejsc w internecie, będących portalami randkowymi: SympatiaZaadoptuj faceta etc. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę i bez problemu natkniesz się na mniej bądź bardziej popularne portale randkowe.
W jakim celu z nich korzystamy? Pobudki do założenia profilu na takiej stronie są różne. Jedni naprawdę szukają tej właściwej osoby, z którą mogliby spędzić resztę życia, inni nowych znajomości, przyjaźni, chcą być może odszukać kogoś do wypełnienia pustki w ich życiu, uporania się z samotnością, bądź internetowe znajomości są zwyczajnie sposobem na nudę. Są również tacy, którzy w tego typu miejscach szukają tylko i wyłącznie seksu i piszą o tym bez ogródek. Według mnie wszystko jest dla ludzi, tak więc żadnego toku myślenia i priorytetów nie mam prawa krytykować. Ważne jest jednak, aby wprost podczas nawiązywania nowych znajomości komunikować o swoich celach, aby uniknąć nieporozumień.
Ale nie o tym miał byc ten post, nie mam na celu umoralniania kogokolwiek.
Zaczęłam rozważać sens istnienia portali randkowych. Dla niektórych jest to szansa nawiązania nowych, ciekawych znajomości. Jednak tak naprawdę często użytkownicy tego typu stron nie zastanawiają się nad tym, z kim nawiązują znajomość. Jak gąbka chłoną każde przeczytane słowo, są wręcz dziecinnie naiwni.
Nie rozumiem również podejścia pewnych ludzi do takich portali. Kilka lat temu rozmawiając z przyjacielem po kolejnym zawodzie miłosnym, jakiego doświadczył, zaproponowałam mu utworzenie profilu na takim portalu, bezkompromisowo stwierdził, iż tak nisko jeszcze nie upadł. Skąd przekonanie, że Tinder czy inna strona musi by aktem desperacji? Lęk przed nieznanym, czy może ślepe podążanie za stereotypami, które bezlitośnie wtarły się w nasz światopogląd? Dlaczego ludzie krytykują coś tylko ze względu na to, że nie jest to im dobrze znane, bądź przypuszczają, że tak właśnie jest?
Być może czasami warto otworzyć się na to, co czeka na nas za rogiem. Być może właśnie tam czeka przygoda życia?

Błahostkowe analizy

Masz tak czasami? Znacie to uczucie, kiedy starasz się do kogoś dotrzeć... Rozgryźć przyczyny jego zachowania. Jego stosunku do Ciebie. Kiedy spotykasz kogoś tak pełnego sprzeczności, że nie jesteś w stanie definitywnie stwierdzić, czy owa znajomość jest tego wszystkiego warta.
Dzięki zmysłowi analitycznemu, który na szczęście posiadam, nie sprawia mi trudności analizowanie zachowań otaczających mnie osób. Potrafię rozkminić nowo poznane osoby, ich motywy działania oraz to, co kryje się w ich umysłach. Nie mówię tutaj o przyjaciołach, bo jest to grono osób, które znam na tyle dobrze, że nie muszę zastanawiać się nad motywami ich działania.
Kiedy zbyt szybko (w ocenie tej osoby) dostrzegłam demony w nim drzemiące, zostałam niesłusznie skrytykowana. Dziś wiem, że była to reakcja obronna spowodowana strachem i złymi doświadczeniami z przeszłości. Aczkolwiek potwierdziło to tylko fakt, iż dostrzegam więcej niż inni.
Przechodząc do sedna, od kilku dni mnie coś dręczy.Mianowicie ta jedna osoba, która nie pozwala mi odkryć swoich prawdziwych motywów działania. Dlaczego moje analizy prowadzą donikąd? Nigdy nie spotkałam człowieka pełnego tylu sprzeczności. Może właśnie dlatego mam słabość do tej znajomości. Wyjaśnieniem być może jest fakt, że relacja ta nie została przeze mnie odkryta.
Jak ją odkryć? Szczera rozmowa, na którą nie umiem się zdobyć? Pierwszy raz od dawna nie mam pojęcia w jaki sposób powinnam postąpić. 
Muszę jak najszybciej podjąć decyzję. 
Oby była właściwa. 

wtorek, 12 września 2017

Pasje większe i mniejsze

Nie umiem usiedzieć na tyłku. Zawsze musiałam coś robić. Może źle to określiłam. Lubiłam coś robić bardziej pasuje w tym przypadku. W związku z tym szukałam sobie coraz to nowych inspiracji, zainteresowań etc.
Bywało również tak, że napotykani na mojej życiowej drodze ludzie pomagali mi odkrywać budzące się we mnie pasje. Dawali mi odwagę na realizacje moich planów, obalali moje słabości. Dzięki nim interesowałam się poszczególną dziedziną, być może oni stawiali to w interesującym świetle, a ja później za tym podążałam.
Tak również było z tatuażami. Prawdę mówiąc o pierwszym tatuażu myślałam już wcześniej, jednakże nie miałam ku temu odwagi. Bałam się wszystkiego, bałam się bólu, bałam się reakcji społeczeństwa w którym żyje, być może obawiałam się również krytyki. Aż a końcu zmieniłam podejście. W tym wypadku zmieniłam podejście dzięki osobom trzecim. W ten właśnie sposób odkryłam jedną ze swoich pasji. Na moim ciele gości co prawda dopiero jedno atramentowe dzieło, aczkolwiek mam zamiar to kontynuować. Nie obchodzi mnie opinia innych ludzi, to moje ciało, moje życie. To ja mam być szczęśliwa! :)
Zawsze moja wielką pasja było pisanie. Odkryłam to dzięki mojej wspaniałej nauczycielce w gimnazjum. To dzięki niej nabrałam pewności siebie. Uwierzyłam, że umiem to robić, że wystarczy odrobina wysiłku i dobrej woli i wszystko jest możliwe. To dzięki niej zaczęłam brać udział we wszelakiego rodzaju szkolnych konkursach. Tak, wiem to może i pierdoła, ale na mojej drodze było wielu ludzi, którzy kładli mi kłody pod nogi. Dlatego również tak bardzo doceniam ludzi, dzięki którym znalazłam inspiracje, dzięki którym w jakikolwiek sposób mogłam rozwinąć skrzydła czy też uwierzyć w siebie. A od tej pani profesor na forum klasy usłyszałam bardzo motywujące słowa. Pokazała mi, że mogę. I wtedy uwierzyłam w siebie. Dotarło do mnie, że umiem. Zaczęłam pisać.
Na konkurs napisałam pierwszy w swoim życiu wiersz. Chyba mam go do tej pory w którejś szufladzie. Od tego zaczęła się moja przygoda z wierszami.
Wciąż żałuję, że tak szybko ta przygoda się skończyła i ją porzuciłam. Co prawda jakiś czas temu pod wpływem silnych targających mną emocji stworzyłam kolejny, aczkolwiek został głęboko schowany. Żałuję bardzo, ale do pisania w takiej formie już raczej nie wrócę. Nie wykorzystałam tego w momencie, gdy miałam ku temu okazję, gdy pisanie było dla mnie ewidentnie radością. Cóż, każdy popełnia błędy. W tym momencie sama nawet już nie wiem dlaczego skończyłam to robić. Czasu nie cofnę. Mogę jedynie wrócić pamięcią do tych stworzonych przeze mnie. I podziękować owej pani, która mnie naprowadziła na tą drogę.
Fascynuje mnie także wszystko to, co niepojęte dla ludzkiego umysłu. Czakry, aury, zjawiska paranormalne, duchy, wróżby, przepowiednie. Jestem ateistką. Z moimi poglądami nie mogłabym nazywać się katoliczką (kiedyś stworzę osobny post na ten temat). Dlatego fascynuję się pewnymi zjawiskami. Niektóre tematy interesowały mnie już dawno. Jakiś czas temu zaczęłam zgłębiać wiedzę. Szukać wiadomości w internecie, aż temat mnie wciągnął. Astromagia, świadomy sen.. Bardzo wiele mogłabym na ten temat opowiadać, nie będę jednak snuła wywodów odnośnie wychodzenia z własnego ciała podczas snu, czy tego co mówi Twoja data urodzenia o tym jakim jesteś człowiekiem. Nie idę za tym nurtem ślepo. Lubie doszukiwać się sensu w rzeczach pozornie sensu pozbawionych ( w tym momencie znajomy stwierdziłby, że jestem kobietą, a kobiety robią kurwę z logiki:D).
Nie wyobrażam sobie również swojego życia bez książek. Moja pasja do czytania zaczęła się w momencie gdy przeczytałam pierwszą cześć Harry'ego Pottera. Sięgnęłam oczywiście po kolejne części. W tym momencie zostałam fanką wszelkiej literatury fantasy. Kilka razy w tygodniu byłam w bibliotece, czytała w szkole, po nocach w łóżku. I czytam do dziś. W dalszym ciągu fantastyka najbardziej do mnie przemawia. Teraz nie chodzą do biblioteki, kupuje książki, uwielbiam odwiedzać moją ulubiona księgarnię. Otwieram się jednak coraz częściej na nowe gatunki, nie chce zamykać się w samej fantastyce, skoro tyle wspaniałych książek na mnie czeka. Niekoniecznie opowiadające o świecie wampirów (takie książki lubię najbardziej), świecie magii, elfów, wyimaginowanych stworów etc. Nie wyobrażam sobie swojego życia bez książek.
Kocham również koty. Są najwspanialszymi zwierzętami jakie istnieją. Dawniej spałam z moja wspaniała kotką. Jak widać zwierzęta mają coś po swoich właścicielach. Ponieważ na starość po tylu latach spędzonych ze mną, moja kotka jest na tyle złośliwa, że spanie z  nią nie wchodzi już w grę :D
Zauważyłam, że wyszedł cholernie długi post. Nie zdążyłam opisać nawet wszystkich rzeczy, które sprawiają, że moje życie jest bardziej barwne :D
Pozostawię tutaj jeszcze małą cząstkę mnie:




Dobranoc! 

Kim właściwie jestem?

Ostatnio rozmawiając z kimś, kto kiedyś był mi bardzo bliski, usłyszałam określenie mojej osoby. Prawdę mówiąc do dziś zastanawiam się czy miał rację. Tak mnie właśnie widział, postrzegał jako taką właśnie osobę przez pryzmat doświadczeń jakie zebrał podczas naszej zawiłej znajomości. W tym właśnie momencie zaczęłam się zastanawiać nad tym, ja mogę być postrzegana przez otaczających mnie ludzi. 
Dla każdego tak naprawdę jestem kimś innym. W zależności od poziomu zażyłości poszczególnych znajomości, wobec każdego zachowuje się inaczej, każdy dostrzega zupełnie inne cechy mojej osobowości. 
Więc kim ja tak właściwie jestem?! 
Dwudziestotrzyletnia kobieta mająca swoje pasje i uparcie dążąca do wyznaczonego sobie celu. Posiadająca słabości jak każdy inny człowiek. Posiadająca lęki i fobie. Otaczająca się skorupą, która trzyma na dystans ludzi. Nieufna. A może właśnie ufam zbyt mocno? Tak.. nie powinnam tak szybko ufać. Tak szybko przywiązywać się do ludzi. Taka właśnie jestem. Nie podejrzewam, że ktoś może mnie skrzywdzić, że ktoś może mieć wobec mnie złe zamiary. Dlatego ufam każdemu, nie podejrzewam go o nic. Tyle razy przez to cierpiałam, jednak jestem tak pełna altruizmu, że nie mogę. Zwyczajnie nie umiem odwrócić się od kogoś. 
We wnętrzu wrażliwej i jakże romantycznej dziewczyny, jest druga osoba, cyniczna. Pełna sarkazmu i złośliwości. Lubie to w sobie, lubię pokazywać mój cięty język, lubię niszczyk narcystyczne ego otaczających mnie ludzi. Wredna. Często w czasach liceum słyszałam to określenie. Dla mnie był to komplement. Chciałam być wredna. Chciałam być zołzą. 
Jednak tak naprawdę nie zawsze taka byłam. Jeszcze w pierwszej klasie liceum byłam poukładaną grzeczna dziewczynką, która bała się odezwać i komukolwiek przeciwstawić. Sama nie wiem kiedy dokładnie taka się stałam. Kiedy nabrałam pewności siebie (której mimo wszystko wciąż mi czasami brakuje). Byłam strasznie zakompleksiona, nieśmiała szara myszka, na która nikt nie zwracał uwagi.Nikt nie liczyl się w moim zdaniem, ponieważ nie umiałam wystarczająco dobitnie go przekazać. 
Zmiany, które we mnie zaszły były stopniowe. Trwały długo, bardzo długo. Miały na to wpływ wszystkie zebrane w międzyczasie doświadczenia. Gorycz porażki, która była mi doskonale znana. 
Cieszę sie, że doszło do tej zmiany. Mimo tkwiących w dalszym ciągu we mnie kompleksów, dziś jestem zupełnie inna kobietą. Pewną siebie, znającą swoją wartość. Świadoma swojej inteligencji i swoich zalet. Nie chce być taka jak dawniej. Chce się wyróżniać, chcę być dostrzegana przez innych, chcę mieć swoją własną osobowość. 
Jestem świadoma swoich wad, nikt nie jest człowiekiem idealnym, jestem świadoma swoich wyimaginowanych obaw. Walczę z nimi, przynajmniej staram się to robić.
Robię to, aby być lepszą osobą. Mimo, że każdego dnia popełniam masę błędów.. Kto jest bez wad?! 
Lubię swój charakter. Lubie to, jaka jestem. 
Dla Ciebie pewna cecha mojego charakteru może być wadą, dla kogoś innego będzie ona bezwarunkową zaletą. Punkt widzenia zależy od punktu widzenia. Dlaczego więc mam się dla kogokolwiek zmieniać?! Jakim prawem ktoś może mnie oceniać? Na ile mnie znasz? Kto dał Ci prawo do krytyki? Ile czasu ze mną spędziłes? Poznałeś wszystkie moje oblicza?
Wyrosłam z chęci podporządkowania się komukolwiek. 
Każdy w końcu dochodzi do pewnych wniosków.
Ja właśnie osiągnęłam ten etap!

piątek, 8 września 2017

Anonimowa historia..

Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam. Do dziś. Przeglądając internet, natknęłam się w pewnym miejscu na anonimową historie pewnej kobiety. Matki i żony. Pisała ona o zdradzie, nie był to zwykły niezobowiązujący seks, kobieta zakochała się w owym mężczyźnie. Cierpiała z tego powodu. Walczyła pomiędzy głosem serca, a głosem rozumu. Z  jej relacji wyglądało na to, iż jej kochanek również posiadał rodzinę, żonę oraz dzieci. Aczkolwiek wystarczyło jedno jej skinienie, aby rozstał się z obecną żoną.
Mimo uczucia, którym kobieta darzyła wspomnianego mężczyznę, mimo ich romansu.. zrezygnowała z uczucia. Tkwiła w nieszczęśliwym małżeństwie z poczucia obowiązku, z troski o dzieci. Wybrała głos rozsądku.
Została oczywiście od razu pociśnięta przez inne kobiety na grupie. Skrytykowana w każdy możliwy sposób. Czytając te komentarze właściwie zrobiło mi się żal piszącej to kobiety.
Spróbowałam postawić się w jej sytuacji. Mimo rodziny, los sprowadził na jej drogę mężczyzne, w którym się zakochała, który nie był jej obojętny. Zdradzała człowieka, który jej ufał, z kim żyła pod jednym dachem. To oczywiście jest bezdyskusyjnie złe.. Ale czy warto walczyć z uczuciami? Warto przeciwstawiać się tlącym się w nas emocjom wbrew głosu naszego serca?!
Dlaczego robimy to, co społeczeństwo otaczające nas uważa za słuszne wbrew swojemu szczęściu? Przede wszystkim powinniśmy odpowiedzieć sobie na pytanie czy warto? Warto żyć w toksycznym związku, który tak prawdę mówiąc nie ma przyszłości, w którym wygasło już dawno uczucie? Warto męczyć się z ta drugą osobą, bo tak właśnie powinniśmy zrobić? A gdzie miejsce na nasze szczęście?
Cholera, to nasze życie! Możemy przeżyć je tylko jeden raz. Jeżeli my tego szarego, ponurego życia nie uczynimy sami szczęśliwym, nikt tego za nas nie zrobi!
Rozumiem, że być może w tym wypadku kobieta kierowała się również dobrem dzieci.  Być może w jej ocenie nie miała prawa przez to, że pokochała innego mężczyzne, pozbawiać małe, niczego nieświadome istotki prawdziwej rodziny, ojca i kontaktu z nim. Matka ma inne priorytety.
Ale często nie dostrzegamy możliwości zmiany naszego życia na lepsze. W innych wypadkach zwyczajnie pomijamy daną nam szanse. Rezygnujemy z niej. Dlatego też w społeczeństwie, w którym żyjemy pełno jest szarych, ponurych i nieszczęśliwych twarzy, które żyją z dnia na dzień. Twarzy, które nie walcza. Nie walczą o to, aby ich życie było lepsze. Twarzy, które nie podążają za własnym szczęściem i marzeniami, które tlą się z tyłu ich głowy.
Tak nie musi być! Odwagi! To od nas zależy czy zmienimy cokolwiek w naszym życiu!
Nie twierdzę, że wdanie sie w romans jest dobre, bo mimo wszystko swoją lekkomyslnością kobieta krzywdziła swoich bliskich, aczkolwiek ja jej nie potępiam. A jeżeli Ty znajdziesz się w takiej sytuacji? Jeżeli mając kogoś bliskiego, mimo wszystko się zakochasz? Co wtedy zrobisz?
Zawalcz o swoje szczeście!
Ja zmarnowałam kilka szans, które mogłam w swoim życiu wykorzystac. Nie popełniajmy tych samych błędów!

czwartek, 7 września 2017

Czy jestem samotna?

"Nigdy nie byłem samotny. Siedziałem w pokoju - myślałem o samobójstwie. Byłem w dołku. Czułem się fatalnie - gorzej niż kiedykolwiek - ale nigdy nie czułem, że inna osoba mogłaby wejść i wyleczyć to, co mnie gryzie. Albo że ileś tam osób mogłoby to zrobić. Innymi słowy, samotność nigdy nie była moim zmartwieniem, bo zawsze tak bardzo pragnąłem odosobnienia. " /Charles Bukowski
Samotność to słabość. Z zasady staram się tych słabości przed nikim nie odkrywać. Moimi słabościami są targające mną emocje, lęki, które otaczają mnie każdego dnia. Mało kto jednak ma przywilej poznania owych zmartwień. Maska silnej i niezależnej kobiety pozwala mi przysłonić kłębiące się we mnie fobie. Czy tak powinnam się zachowywać? Czy to jest przede wszystkim dobre dla mnie? 
Przez wiele lat nie udało mi się odpowiedzieć na te pytania. Aczkolwiek wiem, że tak jest lepiej dla mnie. Nie znając moich słabości nikt ich nie wykorzysta przeciwko mnie. 
Empatia jest moją słabością. Ktoś bezwzględnie wiele lat temu obrócił to przeciwko mnie. Zadał mi tym bardzo bolesną ranę. Od tego momentu wyznaje jedna zasadę:
"Litość to zbrodnia"
W dalszym ciągu cechuję się altruizmem, jednak jest on bardziej umiarkowany niż dawniej. Życie mnie tego nauczyło. 
Nauczyło mnie również wielu innych rzeczy. Dlatego również nie okazuje dręczących mnie myśli. Mojej wrażliwości. Ludzie znają mnie jako cyniczną zołzę. Jest mi z tym dobrze. Krucha, wrażliwa dziewczynka jest skrywana dla przyjaciół.
Skrywana dla przyjaciół jest również moja samotność. Jest to uczucie/emocja z którą nie umiem sobie w pewnych momentach poradzić. Zwyczajnie się nie da. Może to świadczy o tym, że jestem słaba psychicznie? Tego nie wiem.. Wiem jednak, że bezwzględnie potrzebuje kontaktu z innymi ludźmi.  Potrzebuje wsparcia bliskich. Potrzebuje rozmowy. Potrzebuje czułości. Potrzebuje zrozumienia w momentach gdy mój świat ponownie legł w gruzach. Gdy ktoś się ode mnie odwrócił.
Czy powinnam z tym walczyć?

środa, 6 września 2017

Istnieją pustki

chcę do ciebie zadzwonić
powiedzieć
że coś mi się w życiu nie udało
że przegrywam wojny
że uwieraja mnie grzechy w niewygodnych butach

chcę do ciebie zadzwonić
przywrócić
te jedną chwile świetego spokoju
kiedy zamykam okna na klucz

i rozstać też się nie chcę
bo zabrakło nam czasu na muzykę

do  duszy to wszystko
słuchawki milczą
to najlepszy dowód na to, że istnieją pustki / Kowalewska


Czego tak naprawdę oczekuję od mężczyzn?
Jestem kobietą, która ma swoje własne opinie, poglądy, nie pozwalam komuś zabrać mi prawa do własnego zdania. Jestem emocjonalna, może czasami aż za bardzo. Tysiące razy analizuje, moja dusza kryje w sobie niezliczona ilość sentymentów. Moje serce zostało kilkakrotnie złamane.  Kłócę się i walczę gdy mi zależy. 
Jestem skomplikowana. Tak, to dobre określenie. Trudna do odkrycia, przez tarcze ochronną, którą sie otaczam niemal każdego dnia. Kto mnie odkrył? Kto mnie oswoił? Z pewnością moi wspaniali przyjaciele. I On. Osoba, która odeszła. 
Ja zmuszam mężczyzn do wyzwań, szukam w nich charyzmy. Wymagam od nich bezgranicznie bycia kimś, nie fascynuje się nijaką osobowością. Faceci boja się właśnie takich kobiet jak ja! Zdaje sobie z tego sprawę. Jestem silną kobietą, mężczyzna czasami ma wrażenie, że taka właśnie kobieta, mająca własne zdanie, silna, niezależna.. odbiera im ich męskość. Nic bardziej mylnego, drodzy Panowie! Właśnie taka kobietę powinniście poślubić! Bez chwili zastanowienia! :)
Nieskomplikowana kobieta nigdy w pełni nie zadowoli prawdziwego, charyzmatycznego mężczyzny, który ma w pełni sprecyzowane własne oczekiwania.  Ona będzie słodka, aczkolwiek niczym nie będzie w stanie zaskoczyć.  Będzie pogodna, ale nie szalona (taak, tylko wariaci są coś warci) w ten najbardziej pozytywny sposób. 
O skomplikowanych kobietach, takich jak ja, mówią czasami brzydkie rzeczy. Bywa bowiem, że mają one cięty język, mówią co myślą, są kreatywne i przedsiębiorcze. Są również pewne siebie i oddają Ci wszystko w związku, są w stanie poświęcić wiele.
Prawdziwy mężczyzna to właśnie doceni. To pokocha. W tym się zatraci. 
Ale czy taki istnieje?!


Romantyczką ciężko być.

Życie prawdziwej romantycznej duszy wbrew pozorom nie jest tak wspaniałe, pełne płatków róż. Romantyczka w każdej relacji, w każdym uczuciu ...